czwartek, 30 października 2014

mara

dla Boo. chciała, żeby to opublikować
bohaterowie: Amelia (Mia, Amie), Brian, Michelle.


utwór jest częścią kompatybilną z tekstem.

Po cichu podeszła do okna. Gdyby ktokolwiek zauważył, że wstała, albo ruszyła się z łóżka, natychmiast dali by jej kolejną "więzienną" do pilnowania. A przecież od tak dawna tęskniła za słońcem. Odsunęła czarną kotarę, na zewnątrz panował jeszcze mrok. Z westchnieniem podeszła do biurka. Wiedziała, że zostało jej niewiele czasu, do pierwszej kontroli, a jeszcze czekało na nią odpisanie Michelle.

* * *

M.,

kolejny miesiąc minął. Przypominam coraz bardziej świnię przygotowywaną na święta. Chodzą wokół mnie, robiąc ze mnie kalekę. A przecież jestem tylko w ciąży! Czuję się jak w klatce, jak w więzieniu. Od kiedy matka się dowiedziała, nie mam życia. Bri widzę tylko na ekranie, kiedy dzwoni do mnie. Nie wpuszczają do mnie nikogo. Lekarz chodzi dookoła i ,z uśmiechem klauna pedofila, non stop zapewnia mnie, że 'fszycko będzie dobrze'. Nie wiem co miałoby być nie tak, ale cóż. Udało mi się namówić matkę, żeby nie pozwalała Borysowi wchodzić do mnie. Wystarczyło udać omdlenie. Dalej do niego nie dociera, że nie będę z nim dlatego, że nasi starzy sobie tego życzą. Matka co prawda naciska, ale może sobie gadać.
Nie potrzebuję jej pieniędzy, za to ona potrzebuje wnuka.
Musiałam zrezygnować z uczelni. Uznali, że śpiewanie i bieganie na próby jest zbyt męczące. Czuję jak matka próbuje odebrać mi wszystko, co moje i zastąpić swoim. O moim dziecku mówi Jean i nie dociera do niej, że we mnie rośnie Blayne. Zabrała mi wszystko, zamykając mnie w tym domu, mojego faceta separuje ode mnie. I Ciebie.
Pewnie wiesz, że Brian rzucił szkołę jak tylko się dowiedział. Stwierdził, że i tak potrafi grać na gitarze, a na małego chce zarobić. Nawet to nie przekonało mojej matki. Boję się. Że zepsułam mu życie, że nie spełni swoich marzeń. Chociaż mówi, że teraz marzy o domu, o pełnej rodzinie. Boję się, że matka zamknie mnie tu, razem z dzieckiem. Boję się, że nam nie wyjdzie i będziemy żałować. Nigdy nie będziemy bowiem tacy, jacy chcieliśmy być wcześniej...


Usłyszała ciche bicie zegara. Zapisała plik i wrzuciła do folderu. Wstała od laptopa, poczuła mrowienie w nogach. Na palcach podeszła do okna i odsunęła kotarę. Ostatnie, co zobaczyła, to krwistoczerwone słońce
Wrzaski matki obudziły ją od razu. Zaalarmowana tym pielęgniarka od razu do niej podeszła. Z uśmiechem zakomunikowała jej, że znajduje się w dobrych rękach i przygotowują się do zabiegu.
- czy zawiadomić kogoś do Pani? Poprosić mamę?
Pokiwała przecząco głową i wskazała na leżący nieopodal telefon.
- Brian. Michelle - Wyszeptała.

***
Czuła się jakby ktoś ją obserwował. Swędziały ją powieki, ale nie czuła dłoni, choć widziała, że jej ramiona leżą tuż przy jej ciele. Nie mogła, nie była w stanie się ruszyć. Próbowała podnieść rękę, ruszyć głową, ale wtedy miliony gwoździ wbijały się w jej ciało. Mimo porażającego bólu, udało się jej otworzyć oczy. Dookoła panował mrok. Po chwili zorientowała się, że ściany, sufit i podłoga są całe czarne. Kątem oka zauważyła, że zamiast drzwi, jest czarna, mosiężna krata. Zadrżała że strachu. W tym samym momencie poruszyła się zasłona, jakby trącona wiatrem. Zaskoczona tym sapnęła, a wtedy materiał znów sie poruszył. Pomyślała, że może to jest sposób, na uwolnienie się od gwoździ i kleju, więc wzięła kilka głębokich wdechów i wydechów. Mimo, że ból się wzmocnił, a płuca płonęły żywym ogniem, nie podawała się. Zasłona fruwała w rytm jej oddechów, nie odkrywając jednak okna. Mia poczuła chłód na twarzy, jakby zanurzyła ją w strumieniu leśnej wody. Przyniosło jej to ukojenie, a ból choć nie mijał, zaczął schodzić na drugi plan. Przypominało jej to dzieciństwo spędzone na bieganiu po lasach, podczas wakacji u babci. Po chwili dopiero zorientowała się, że płacze. Kiedy łza spadła na ziemię, na ścianie pojawił się obrazek, niby ruchome zdjęcie. Było to wspomnienie, jedno z pierwszych. Z każdą kolejną kroplą, przybywało ich, zapełniały każdy fragment, od podłogi po sufit, zbliżając się powoli w kierunku jedynego w pomieszczeniu okna. Przed oczami migały jej fragmenty życia, wspomnienia, decyzje, marzenia, układając się w puzzle. Śledziła je wzrokiem, przeżywała na nowo. Zapomniała o mroku, tej klejącej czerni, o klatce, w której była. W końcu cały pokój zaczął migotać kolorami, wyjąwszy jeden mały kwadracik, który pozostał czarny. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Nie czuła już łez, nie miała ochoty płakać. Jeszcze raz, powoli przyjrzała się zdjęciom. Swojemu uśmiechowi, kiedy wygrała konkurs,do którego przygotowywała się miesiącami, kosztem czasu na odpoczynek
Radości po pierwszej randce z Brianem
do której doszło, dlatego, że zagadała do niego pierwsza.
- To my kreujemy swoje życie, dążąc do celu, spełniając marzenia.- Pomyślała.

Wtedy obrazy zlały się w jedno, a ją wchłonęło palące światło

***
Pierwszym, co zobaczyła był szpitalny sufit. Zapach jaki unosił się dookoła piekł ją w nos.  Zza drzwi dobiegało ją łkanie matki. Pokręciła głową z niesmakiem. Sama czuła się lekka i  spokojna.  Wyciągnęła rękę w stronę guzika przywołującego pielęgniarkę. 
- Chcę zobaczyć moje dziecko. - Wyszeptała Mia, kiedy kobieta pojawiła się w sali.
- Pani Amelio nie wiem czy to właściwy moment, poczekajmy na lekarza - Zaczęła, ale Mia przerwała jej od razu.
- Chcę zobaczyć swojego syna.
Upór wypisany na jej twarzy sprawił, że pielęgniarka po chwili pojawiła się w drzwiach z zawiniątkiem. Serce dziewczyny przyspieszyło,  kiedy zobaczyła ruszające się małe rączki wynurzające się znad zwoju materiału. Oczy miała wielkości spodków, kiedy poczuła małe, ciepłe ciałko na swojej skórze. Blayne  był malutki, jego czarne włosy zawijały się w małe sprężynki. Posapywał z delikatnym uśmiechem na twarzy. Pocałowała go w czubek głowy, a on poruszył się i otworzył oczy. Były czekoladowe, o kształcie migdałów. Zrobiło się jej gorąco, oddech uwiązł w gardle. Wystarczyło jej jedno spojrzenie w oczy małego, żeby wiedzieć, że nie dożyje wschodu słońca. Łzy zaczęły płynąć jej po twarzy, grunt usunął się spod nóg. Nie wiedziała co robić, chciała go chronić, uratować, nawet przed nim samym. Gotowa byłaby zrobić wszystko, byle tylko móc patrzeć jak dorasta. Patrzeć jak wstaje i zaczyna spełniać swoje marzenia.  Chciała krzyczeć z bólu, ale Blayne w tym momencie przytulił się do jej policzka, w miejscu, które było najbardziej mokre do łez. Pokręcił głową, jakby chciał je osuszyć i uśmiechnął się do niej delikatnie.

Popatrzyła na niego zafascynowana i poczuła jak wszystko się z niej ulatnia. Cały ból, radość, smutek i żal. Ciepłe, jasne światło rozlało się w niej od czubków palców, po końcówki włosów. Stała się wolna, wiedziała jednak, że czeka ją jeszcze jedna ważna rozmowa.

***
- Michelle, ani mały, ani ja nie dożyjemy rana.- Powiedziała spokojnym głosem.
- Mia, skończ tak mówić, lekarz powiedział..- Michelle płakała cicho.
- Mówić sobie może, ja jednak wiem. Czuję to i jestem gotowa. Marzyłam o byciu matką. Teraz moje dziecko umrze, a ja nie będę mogła mieć swoich. Co mi zostanie? - Amelia spojrzała na przyjaciółkę.
- Jest jeszcze adopcja...
-  Teraz jestem  spokojna, bo wmawiam sobie, że mały jest obok. Karmię się marzeniami,  które się nigdy nie spełnią. Nie będę potem miała punktu zaczepienia, nie będę miała swojego miejsca. Tak jakby odebrali mi połowę organów. Czuję tę nadchodzącą pustkę. Tracąc małego, nie tracę tylko dziecka, ale cały mój świat, moje marzenia, tracę przede wszystkim samą siebie. Już przestaję się poznawać, jak będę radziła sobie potem?
- Mia, masz jeszcze Briana.
- Właśnie. Dlatego cię poprosiłam tu. Chelle, pomóż mu. Zmuś go, żeby rozwijał się dalej. Żeby coś osiągnął. Chelle, obiecaj mi!
- Am..- Michelle zawiesiła głos.
- Michelle, obiecaj mi, że spełnisz to jedno moje marzenie, żeby był szczęśliwy.
 
***
W głowie miała każdą chwilę, którą z nim spędziła. Był jej marzeniem i snem, ona była jego podporą i motywacją. Wiedziała, że wszystko zmieni się za kilka godzin. Oczyma wyobraźni widziała dwa scenariusze, które mogłyby się spełnić. Pierwszym była szczęśliwa rodzina, gromada przyjaciół i spokojne leniwe wieczory.  W drugim widziała sam żal i złość, ogromne cierpienie, wzajemne wyrzuty. W głębi duszy cieszyła się, że ten drugi nie będzie miał miejsca, ani czasu. Jedyne czego żałowała teraz, to fakt, że już więcej nie zobaczy...
- Mich, gdzie on jest?
- Jedzie kochana, będzie niedługo.
Mia spojrzała w okno. Niebo stawało się co raz bardziej różowe. Oddychała ciężko i każdy ruch sprawiał jej ból. Trzymała się jednak, żeby móc zobaczyć go, po raz ostatni.  Pierwsze pomarańczowe promienie zaczęły pojawiać się na niebie, kiedy on wszedł do pokoju.
- Amie, co się dzieje? Gdzie maluch?
Rozejrzał się po twarzach i zamarł z przerażenia. Podbiegł do jej łóżka i chwycił ją za rękę. Reszta osób wyszła z pokoju.
- Amie? Amie, kochanie..- Łzy zaczęły mu płynąć po twarzy.
Odwróciła się do niego powoli, otarła mu ręką policzki.
- Bri. Obiecaj mi...Ja już odchodzę. Miałam swoje marzenie, spełniło się.
- Amie zrobię wszystko, nie zostawiaj mnie proszę! Będziesz żyć, uwierz!
- Bri, głuptasie. Obiecaj mi, że od momentu jak stąd wyjdziesz, zostaniesz tym, o kim zawsze marzyłeś.



.

.