sobota, 20 czerwca 2015

1.

nie wiem co to.
ani skąd się wzięło.
ani czy się skończy.
chwilowo
wykańcza 







Słyszę śmiechy dookoła, wesołe rozmowy, poufałe gesty. Radosne twarze skierowane ku migoczącym płomieniom wielkiego ogniska. Zbliżam się do niego, ale cały czas zimno przenika moje ciało. Naciągam rękawy swetra,  wbijam paznokcie w ramiona. Nic nie pomaga.
- Naomi, zimno ci?- Jared stoi nade mną z tym spanielowatym wzrokiem.
- Nie. –Odpowiadam ze sztucznym uśmiechem. Mam nadzieję, że nie pozna się na tym.
- Przecież się trzęsiesz.-  Cholera jasna, jednak się zorientował. Siada obok mnie, obejmuje ramionami. Mam ochotę wrzeszczeć, płakać, drapać, gryźć. Byleby tylko mnie zostawił w spokoju.

Nie mogę. Jared to mój facet.
Nie wiem, jak. Nie pytajcie dlaczego. Nie mam zielonego pojęcia , kiedy. Kątem oka obserwuję Jego. Śmieje się, pije, dogaduje wszystkim. Kiedyś siedziałabym z nimi, oddając Mu pięknym, za nadobne. Patrzę na jego zwinne ruchy, duże dłonie, szerokie ramiona. Zamykam oczy, chcąc chociaż trochę skrócić tę udrękę.
- Ej niech ktoś obudzi księżniczkę! Jared weź ją no… rozruszaj.- Słyszę Głos. Podnoszę głowę i patrzę mu w oczy. Nie mam nawet siły, żeby się odgryźć.  Słyszę, że Mia coś mu odpowiada i nagle cała banda wybucha śmiechem.
-Nao, chodź pogadamy.- Mia wyciąga mnie z opresji. Znaczy z ramion Jareda.

-Co jest?- Pyta, kiedy jesteśmy już same. -  I nie mów, że nic bo przecież widzę.
- Nie kocham Jareda.- Szeptam. Łatwiej mówić  mi o tym niż o drugim.
-Nie działa, jako lek na Matta?- Pyta, a ja zachłystuję się powietrzem.  – Wiem, od dawna. Miałam tylko nadzieję, że albo sama powiesz, albo przejdzie ci.
Nie mówię nic. Odpalam papierosa i czuję łzy pod powiekami.
- Powiedz mu. Jednemu i drugiemu.
-To nie jest takie proste.- Odpowiadam.
- Jest, Naomi. Szarpiecie się. Jared jest za tobą głupi.
- Nie pomagasz…- Wtrącam, ale nie zwraca na to uwagi.
- Jest za tobą głupi i będzie jeszcze głupszy.  A ty się zajedziesz.
Czuję jak wraca do mnie złość. Podnoszę głowę i patrzę jej prosto w oczy.
- Co mam powiedzieć? Sorry J., chciałam się wyleczyć, nie wyszło, spierdalaj.? O siema Matt! Co tam, a tak poza tym, kocham cię?! – Krzyczę na całe gardło. Znów zaczynam się trząść, łzy leją mi się kaskadą po twarzy.  Mia podchodzi do  mnie i przytula. Staram się ją odepchnąć, ale nie pozwala mi na to. Po pewnym czasie, uspokajam się. Podaje mi papierosa.
- Opowiedz mi od początku. – Mówi.

#
-Nie powiem, że mi się od początku podobał. Chudy. Duża, szeroka twarz. Nieokiełznany mop na głowie, to chyba powinny być loki, gdyby wiedział, co to szczotka. Wiecznie zachrypnięty głos, jakby chlał i jarał dwa tygodnie non stop.  Z resztą, kto go wie.  Seksistowskie  żarty, dwuznaczne  teksty. Nigdy poważny, zawsze błazen. Przemądrzały.  Milion koleżanek.  Dopiero po pewnym czasie zauważyłam. Powagę pod błazenadą. Uważne spojrzenie. Ciepły kolor oczu. Perfekcyjne wargi wygięte w sarkastycznym uśmiechu. Duże, silne dłonie. Bezpieczne ramiona. Chciałam, żeby to mnie przytulał na powitanie, mówiąc „Naomi”, a nie Rathbone. Chciałam powiedzieć do niego Matty, a nie St.Claire.  Chciałam się do niego przytulić, zobaczyć jak smakuje. Wpleść dłoń  w jego burzę włosów. Usłyszeć jego zachrypnięty szept. Mówili, że pasujemy do siebie, a my udawaliśmy, że mamy ochotę rzygać  Tymczasem nadawaliśmy sobie non stop. Czasem mi się wydawało, że kątem oka patrzy na mnie tak, jak ja na niego.. Potem zrozumiałam, że nie mam o czym marzyć. Wystraszyłam się, a wtedy pojawił się Jared. – Zwieszam głowę. – Nie mogę na niego patrzeć, bo widzę Matta. Kiedy mnie dotyka, czuję się brudna. Kiedy całuje, siłą się powstrzymuję przed wymiotami. Starałam się. Naprawdę. A wiesz, co jest najgorsze? To, że on może mieć każdą. Pewnie miał już większość. To dlaczego, kurwa, mnie nie zostawi w spokoju? Puszcza oczka, flirtuje na jaja. .
Chcę go tak bardzo, że mnie to zabija. Mam problem ze spaniem. Przestałam słuchać muzyki. Nie gram na gitarze. Nie czytam książek. Mam włączony tylko jeden utwór, który mi wysłał.
- Jaki?- Pyta mnie Mia.
Już chcę jej odpowiedzieć, kiedy zza drzewa słyszę.
- Can't take my eyes off of you. Prawda, Rathbone?

Tę chrypkę poznam wszędzie.

sobota, 31 stycznia 2015

strachy na wróble

Dla Niej.
Dla Nich.


Nigdy nie miałam prostej ścieżki.
Czasem chciałbym poczuć pod stopami róże.
Ale chyba moje stopy przyzwyczaiły się już do chłodu i ostrości kamieni. Po prostu, kiedy czuję, że krwawią, zaciskam zęby i idę dalej. Zawsze przecież, mogę skręcić do domu. Domów.
Kiedyś było ich więcej. Ale były nijakie. Teraz jest ich kilka. Ciepłych. Miłych. Takich, o jakich marzyłam.

Kiedy byłam mała, lubiłam biegać po polach. Trawa pod stopami była miękka i przyjemna. Kiedy było lato, grzała moją skórę, kiedy była mokra od rosy tak przyjemnie chłodziła.
Tak było przez kilka lat.
Potem, ktoś zaczął palić moje miejsca.
Zaczął stawiać straszaki, ponoć na wrony, jednak wiedziałam, że one były na mnie.

Nigdy niczego się nie bałam.
Uwielbiałam noc, fascynowało mnie wtedy niebo, odgłosy, których inni się bali, ciągnęły mnie między drzewa.
Nie bałam się chodzić po drzewach, wdrapywać na najwyższe szczyty.
Najwyżej spadnę i co?
Potłukę się, następnym razem mi się uda.
I chociaż czasem czułam na plecach oddech i spojrzenie, które mnie mroziło, nie zwracałam na to uwagi.
Bo przecież mam dookoła tych, których kocham.
Mam swoje schronienie.
Nie jestem sama, bo zawsze był ktoś przy mnie.

Nie umiem mówić, o szczęściu.
Zawsze je widziałam.
Miałam je wypisane na twarzy.
On mówił, że oczami rozświetlam miasta.
Że mój śmiech, brzmi jak dzwony z rana.
Tak świeżo, z radością i nadzieją.

Spotkałam szczęście. Chodziłam z nim pod rękę.
Miałam je dookoła siebie.
A potem, z pięknego księcia wyszedł strach na wróble.

Odebrał pewność siebie.
Zamknął spojrzenie w słoiku.
Zabrał całą duszę.

Moje domy się spaliły.
Z niektórych, nie zostało nic.
Z innych, tylko fundamenty.

I skończyło się bieganie po trawie.
Noc zaczęła mnie przerażać.
Pola leżały zwęglone, a na każdym kroku widziałam jego, jej twarz.


Teraz? Z kilkunastu domów, mam kilka.
Moim szczęściem, są najbliżsi, to dzięki nim idę przed siebie.
Inaczej niż wcześniej. Rozglądam się, nie patrzę tylko przed siebie.
Czuję, że on jest za mną zawsze, kiedy znajduję nowy dom.
Kiedy znowu zaczynam się uśmiechać.
Patrzy na mnie i drwi. Że i tak mnie ze sobą zabierze.

Mój strach na wróble ma dwa imiona.
Samotność i odrzucenie.

Niczego się nie boję.
Poza tym, że stracę znowu to, co dla mnie ważne.

piątek, 30 stycznia 2015

Koniec historii z pytaniem na końcu.



zrobiłam sobie ostatnio porządek w życiu.
znalazłam tę historię i przeżyłam deja vu.





Patrząc na zdjęcia czuła, jak łzy zbierają się jej pod powiekami. Ze złością potrząsnęła głową. Nie miała ochoty na rozczulanie się nad sobą, kiedy już podjęła decyzję.
Irytowały ją uśmiechnięte twarze, które zdawały się z niej szydzić. Teraz zastanawiała się ile w tym było szczerości.
Zgrzyt. Trzask. Kolejne podarte. Z każdym następnym było coraz łatwiej. Smutek schodził na dalszy plan, zostawiając tylko rozżalenie i złość. Siedząc na ziemi, zaczęła pisać.

Best friend forever?
NOT NOW.

#
Gdybym mogła rzucić  w twarz, wszystkie te igły, które były we mnie celowane przez ostatni czas, teraz ta druga twarz przypominałaby  igelnik. Szczerze mówiąc, chciałabym to zobaczyć. Jestem człowiekiem i robię błędy.  Ale potrafię się do nich przyznać. Podobnie mam, kiedy coś mnie drażni. Długo nosiłam to w sobie. Dziś chcę zakończyć tę farsę. Farsę, która miała wyglądać inaczej. 

Nienawidzę fałszu. Nie znoszę mściwości. Teraz widzę uosobienie wszystkiego, na co mam alergię. Niestety jedyną drogą odczulenia jest odwyk. Permanentny.
Nie powiem, że nie będę tęsknić.
Nie powiem, że nie jest mi przykro.
Nie powiem, że będzie mi łatwo.
Ale mam dość.
Dość tego, że jestem popychadłem. Dość traktowania mnie jak ścierwo. Ile czasu można pokutować za kilka błędów? Tym bardziej, że nie widzę u ciebie ani aureoli, ani anielskich skrzydeł. Zrobiłam dla ciebie tyle, ile mogłam. Kłóciłam się o ciebie z większością bliskich mi osób.  Potrafiłam odwołać wszystko, byle tylko przy tobie być.
A kiedy zepsułam ostatnio, stawałam na rzęsach, żeby ci to wynagrodzić. Bo każdy jest człowiekiem i ma prawo się pomylić.
A teraz traktujesz mnie, jak obcą.
Teraz próbujesz zasiać zamęt między mną, a innymi.
Chcesz, żebym latała za tobą pomimo wszystko.
Podobno zostało wybaczone?
Więc za co ta wendeta?

Nie będę już mówiła 'przepraszam'.
Nie będę się kajać, za coś, co się przeterminowało.
Nie będę się płaszczyć ponieważ masz takie widzimisię.
Nie będę się spowiadała, z tego , co ciebie nie dotyczy.

I chciałam ci jeszcze powiedzieć, że nie zatrujesz mi życia. Przestałam być miękką dziewczynką, którą urobisz sobie każdym fochem.

A miało być, forever.
A miało być dorośle.
Tyle razy słyszałam, że jestem dziecinna.
A patrząc na ciebie widzę rozwydrzone dziecko, które znajomych traktuje jak lalki i próbuje ustawiać je w swoim domku.

Nie sprawisz już, że poczuję się gorsza.  
Nie uda ci się sprawić, że będę miała łzy w oczach.
Możesz siać swoje intrygi.
Możesz próbować mnie wykluczać.
Nie będę płakać.
Bo już wcześniej spisałam cię na straty.
Kocham cię. Całym sercem. Ale przestałam cię lubić.

#
Zamrugała oczami. Były suche.
Odetchnęła i poczuła, że ma lekkie płuca.
Zamknęła zeszyt.
A z nim całą historię.
Przestała czuć się jak intruz, włączając tryb ignoruj.

Ci, którzy traktują nas jak śmieci, nie są nas warci.
Ci, którzy nas nie doceniają, nie są nas warci.
Ci, którzy oczekują  od nas wszystkiego, nie dając nic od siebie, nie są nas warci.
Po czym poznać przyjaciela?

niedziela, 25 stycznia 2015

wierzba




Czuję jakiś nacisk na dłoni.
Chyba ktoś złapał mnie za rękę.
Normalnie czułabym ciepło, może nawet rozpoznałabym, kto to. Ale teraz czuję samą mechanikę, nic poza tym.
Czyjeś ręce mnie obejmują. Czuję, jak palce wbijają się w moje obojczyki, łopatki. Ktoś tarmosi moje włosy. Rejestruję to jakąś małą cząstką. Nie wiem czego, bo ani mózgu, ani serca nie czuję.
Nie mam ich od tygodnia.
Nie słyszę, nie widzę, nie czuję.
Pozostało mi tylko mimowolne rejestrowanie. Którego z chęcią bym się pozbyła.

#
Stoję jakieś dwieście metrów od niej, ale mam problem, by ją rozpoznać.
Stoi w bezruchu, to do niej takie niepodobne, zawsze wszędzie było jej pełno.
Milczy, a przecież zawsze się śmiała.
Jest taka obca, taka chłodna. Jak marmur.
Nie widzę blasku w jej oczach, nawet włosy straciły puszystość.
Nie rozumiejąc, o co chodzi, skąd ta zmiana, podchodzę bliżej.
Tłum czarnych ludzi, popłakiwania, ocieranie oczu i nosa. Przedzieram się między nimi, ale nie zwracają na mnie uwagi, jakby mnie nie było. Wołam, ale nikt mnie nie słyszy.
W końcu docieram do niej i tracę oddech.
Moja Lea, stoi nad moją trumną.
Sama będąc o krok od śmierci.









#
Coś się zmieniło. Wyrwało z odrętwienia. Rozglądam się dookoła, ale nie widzę nikogo, poza tymi, którzy już to byli. Gorąco rozlewa się po moim ciele. Kobieta stojąca obok łapie mnie za rękę.
- Lea, wszystko w porządku?
Kiwam głową by potwierdzić. Cóż innego mogę zrobić? Daję jej to, czego ode mnie oczekuje, może da mi spokoju na tyle, żebym mogła zrozumieć co się stało.

#
Nie chodzi o to, że mnie tam chowają. Wcale nie martwię się tym, że nie żyję. Patrzę na nią i widzę, jak uchodzi z niej życie. Jak niknie w oczach. Mam ochotę wypierdolić ich stąd wszystkich.Nie widzą, do czego ją doprowadzają? Jak ją to męczy? Chciałbym wrzeszczeć, kląć, ale nie czas na to. Teraz ona jest najważniejsza. Modląc się w duchu, żeby się udało, podchodzę do niej i szepczę do ucha.
- Chodź, pobiegniemy stąd. - Łapię ją za rękę i ciągnę. Poddaje mi się bez reszty, nie wierząc.

#
Jim. Jim! Czuję go. Boli mnie, serce rozbija się o żebra, płuca palą żywym ogniem. Ale czuję jego ciepło, jego zapach. Poznałabym go wszędzie. Łzy mi ciekną po policzkach, ale nie zwracam na nie uwagi. Nie przejmuję się, że patrzą  na mnie, jak na idiotkę. Nie zwracam uwagi na ból, jaki sprawiają mi najmniejsze ruchy, w końcu tak długo byłam odrętwiała. Biegniemy w stronę domu, nie widzę go, ale wiem że jest. To jego  dłoń trzyma moją. Zatrzymujemy się przed tablicą. Naszą tablicą ze zdjęciami. Kieruje moją dłoń do tych najszczęśliwszych wspomnień.
Tutaj na Hawajach.
Potem Paryż
Nasze pierwsze mieszkanie.
Fundamenty domu.
Ślub. Wierzba
Zaczynam płakać.

#
Ocieram jej łzy, szepcząc, że jestem obok, że będę. Boli mnie, jak cierpi, ale widzę, że zaczyna odczuwać, że wychodzi z odrętwienia. Wypuszcza z siebie emocje, pozwala im odejść, więc naciskam na nią, zmuszam do reakcji. Wiem, że mam niewiele czasu, muszę go wykorzystać w stu procentach, bym miał pewność, że poradzi sobie.  Najchętniej zostałbym z nią tu na stałe, ale widzę, jak zbliża się do mnie światło.

#
- Leelee- Słyszę głos, tuż obok ucha.- Maleńka musisz mi obiecać, że postarasz się.
Kręcę głową, nie mogąc wydobyć głosu. Zaczynam drżeć, trząść się jak osika. Wiem, że nie dam rady. Tuli mnie do siebie, głaszcze po włosach. Oddałabym wszystko, żeby go zobaczyć.
Nagle, oślepia mnie światło. Widzę w nim twarz Jima, jak uśmiecha się do mnie. Podchodzi bliżej, po raz ostatni muska moje usta i nagle znika. Krzyczę, wołam, ale dookoła mnie panuje cisza.

Budzę się z płaczem, w pustym łóżku.
- Lea? Czas się ubierać, Pogrzeb za godzinę.

Wybiegam na dwór, przez taras. Biegnę na ślepo, na boso, byle dalej. Wiem, że za kilka godzin zobaczę go po raz ostatni.  Wiem, że go nie zatrzymam..
Ale mogę dołączyć do niego. I znowu będziemy siedzieć pod wierzbą.

.

.