Dla Niej.
Dla Nich.
Dla Nich.
Nigdy nie miałam prostej ścieżki.
Czasem chciałbym poczuć pod stopami róże.
Ale chyba moje stopy przyzwyczaiły się już do chłodu i ostrości kamieni. Po prostu, kiedy czuję, że krwawią, zaciskam zęby i idę dalej. Zawsze przecież, mogę skręcić do domu. Domów.
Kiedyś było ich więcej. Ale były nijakie. Teraz jest ich kilka. Ciepłych. Miłych. Takich, o jakich marzyłam.
Kiedy byłam mała, lubiłam biegać po polach. Trawa pod stopami była miękka i przyjemna. Kiedy było lato, grzała moją skórę, kiedy była mokra od rosy tak przyjemnie chłodziła.
Tak było przez kilka lat.
Potem, ktoś zaczął palić moje miejsca.
Zaczął stawiać straszaki, ponoć na wrony, jednak wiedziałam, że one były na mnie.
Nigdy niczego się nie bałam.
Uwielbiałam noc, fascynowało mnie wtedy niebo, odgłosy, których inni się bali, ciągnęły mnie między drzewa.
Nie bałam się chodzić po drzewach, wdrapywać na najwyższe szczyty.
Najwyżej spadnę i co?
Potłukę się, następnym razem mi się uda.
I chociaż czasem czułam na plecach oddech i spojrzenie, które mnie mroziło, nie zwracałam na to uwagi.
Bo przecież mam dookoła tych, których kocham.
Mam swoje schronienie.
Nie jestem sama, bo zawsze był ktoś przy mnie.
Nie umiem mówić, o szczęściu.
Zawsze je widziałam.
Miałam je wypisane na twarzy.
On mówił, że oczami rozświetlam miasta.
Że mój śmiech, brzmi jak dzwony z rana.
Tak świeżo, z radością i nadzieją.
Spotkałam szczęście. Chodziłam z nim pod rękę.
Miałam je dookoła siebie.
A potem, z pięknego księcia wyszedł strach na wróble.
Odebrał pewność siebie.
Zamknął spojrzenie w słoiku.
Zabrał całą duszę.
Moje domy się spaliły.
Z niektórych, nie zostało nic.
Z innych, tylko fundamenty.
I skończyło się bieganie po trawie.
Noc zaczęła mnie przerażać.
Pola leżały zwęglone, a na każdym kroku widziałam jego, jej twarz.
Teraz? Z kilkunastu domów, mam kilka.
Moim szczęściem, są najbliżsi, to dzięki nim idę przed siebie.
Inaczej niż wcześniej. Rozglądam się, nie patrzę tylko przed siebie.
Czuję, że on jest za mną zawsze, kiedy znajduję nowy dom.
Kiedy znowu zaczynam się uśmiechać.
Patrzy na mnie i drwi. Że i tak mnie ze sobą zabierze.
Mój strach na wróble ma dwa imiona.
Samotność i odrzucenie.
Niczego się nie boję.
Poza tym, że stracę znowu to, co dla mnie ważne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz