niedziela, 21 grudnia 2014

marionette

będą błędy. są przekleństwa. proszę nie brać tego personalnie. 

PRZED PRZECZYTANIEM PROSZĘ ZAPOZNAĆ SIĘ Z TEKSTEM PIOSENKI.






Patrzyłam na krople krwi spadające na umywalkę. Podniosłam  wzrok, żeby spojrzeć na w lustro.  Hahahaha, zapomniałam, że właśnie je rozpierdoliłam. Moja siostra razem z moim facetem stoją pod drzwiami i wrzeszczą za mną. Telefon miga od ciągłych powiadomień. Zerkam w szczątki lustra. Moje włosy, zazwyczaj w lekkim nieładzie pomimo układania, teraz przypominają szczotkę czarownicy.

Moje oczy zwęziły się, a usta, kiedyś uśmiechnięte, teraz stały się sine i wygięte w grymasie.
Wyglądam jak wiedźma. Jebie mnie to. Pierdolę,  nie będę udawała kochanej. Jeśli się nie podoba, możecie spierdalać.

 Wow, zebrali się wszyscy. Ta pozorna solidarność... Szczerze? To jedyną osobą, z którą mogłabym teraz siedzieć , to siostra. Jako jedyna ma na twarzy zrozumienie.

Patrzą na mnie, jakby widzieli mnie po raz pierwszy w życiu. Łazienka wygląda jakby odbywało się tam niepilnowane przez ochronę meet & greet . Ich niedowierzanie zaczyna mnie bawić. Patrzę na siebie ich oczami. Ta mała, kochana, zawsze ciepła i uśmiechnięta istotka, wyglądająca jak demon. Cóż, jak widać nie uczyły ich matki, że jajka nie pozna się  po skorupce. 

- Wkurwiłam się. Nie będę ukrywać. Na co? Na wszystko. Na świat, na lustro, na telefon, ma Was. Tak, nie będę głaskała po głowie i udawała, że nie ma tematu. No co tak na mnie patrzysz? Tak, wkurwiłam się i nie będę owijała w bawełnę.! - Nie potrafię opisać jak bawi mnie ich wyraz twarzy.- Mam dość jebanego oszustwa, pierdolonej hipokryzji, tak ciężko zrozumieć? Ten cholerny brak szacunku do pracy innych, to niedocenianie tych, którzy na to zasługują doprowadza mnie do szału. A fakt wpierdalania się do innych i hejtowania, że nie są zgodni z naszą wizją na ich temat sprawia, że mam ochotę iść po sznur i pozawieszać na nim wszystkich.


Milczą. Patrzą na mnie, na lustro i znowu na mnie. Widzę ich przerażenie, ich obrzydzenie. Pękła bańka, księżniczka okazała się ropuchą. Tak bardzo mi kurwa  nie przykro.  Biorę wdech i zaczynam kontynuować. W końcu przecież zdobyłam się na odwagę. Chuj z tym, że rozbiłam szkło.  Teraz rozwalę do fundamentów, a potem spalę za sobą wszystkie mosty.

- Patrzę na was i zaczynam czuć nienawiść . I żeby was nie znienawidzić do końca, nadszedł czas na monolog ostateczny, pękłam. Co się patrzysz, kurwa, jakbyś nie wiedział o czym mówię? Macie to wypisane na twarzy. To lizodupstwo jeszcze bym przeżyła. Ale nie jestem, nie byłam i nie będę niczyją marionetką. Nie będziecie mi czesać włosów, malować oczu na kolor jaki wam odpowiada . Nie dam się ubierać w wasze ubrania, słuchać waszej muzyki i pisać tego, co chcecie.
Chociaż to może  jeszcze bym przeżyła. Ale udało wam się coś innego. Zranić tych, co kocham i obrzydzić to, co kochałam. Brawo. Gdybym umiała, to zaklaskałabym wam uszami z wrażenia.  Co was tak przeraża? To, że powiedziałam jak was widzę, czy to, że pojawiła się w waszych głowach myśl, że mam rację? O masz dość? Proszę, idź napisz, ale koniecznie pod pseudonimem, jak bardzo jestem chujowa! Jak bardzo nie podoba ci się moje życie, bo kutasy, ciuchy i ruchanie są moimi priorytetami. No dalej, na co czekacie? Ani wam się tego przyjemnie nie słucha, ani przyjemnie nie będzie się czytało. Albo bierzecie mnie taką jaką jestem, albo wypierdalacie stąd tu i teraz.
 

Widzę ich przerażenie na twarzy. Miesza się ze zniesmaczeniem. Wali mnie to. Zaczynam się histerycznie śmiać. Czuję, jak puszczają moje sznurki.  Zaczynają się ode mnie oddalać.
Dookoła mnie zostaje garstka osób. Podchodzą i zaczynają mi pomagać sprzątać. Patrzę na ich i czuję ciepło. Wkurw zaczyna maleć. Nadchodzi spokój. Czuję się lekka.
Wolna. Nie będę ukrywała swoich myśli, pod żadną maską.
 Dla niczego, dla nikogo.
Hejterzy mogą hejtować.
Pierdolę to. I ich.
Jestem wolna. I robię to, na co mam ochotę.
Składam rozbite kawałki  lustra. Tym razem spojrzę w nie bez obrzydzenia. Bo zobaczę siebie szczerą, prawdziwymi oczami.

środa, 19 listopada 2014

Fiction


Dla Boo. Bo inaczej nie potrafię.
i dla Was dziewczyny. Pat, Zmora, Kat, Nela, Ewa i Dorota
i dla tych co nie piszą, ale czytają. I przeżywają.




Siedzę przed laptopem i ze łzami w oczach patrzę w ekran. Śmieją się ze mnie za plecami, śmieją mi się prosto w twarz, że przeżywam fikcję, jakby była życiem realnym. Ale oni nie rozumieją, że każdą komórką ciała, każdym milimetrem odczuwa się emocje.

Znowu udało się jej doprowadzić mnie do łez. Tak perfekcyjnie oddała emocje, widziałam to przed oczami, nawet nie musiałam ich zamykać. Czuję jak płyną mi po policzkach kolejne krople, ale  nawet nie próbuję ich zatrzymać. Patrzę na tę ostatnią kropkę i nie dociera do mnie, że to koniec. Nie wiem czy na stałe, czy tylko tego odcinka, ale i tak czuję  w sobie pustkę. Chce mi się krzyczeć, że się nie zgadzam, że proszę o więcej. Ale przecież mój krzyk nie dotrze. Mogę go tylko napisać.

Nie znam jej, ale czuję, jakby była przy mnie od lat. Pewnie nawet sama nie wie, że opisała moje życie. Może innymi słowami, może nadała bohaterom inne imiona, inne sytuacje. Ale uczucia są te same. Dokładnie pamiętam każde z nich, ale dopiero czytanie tego u niej, pozwala mi je w pełni pojąć, zrozumieć. Układam swój świat  na nowo, poznaję siebie. Jest mi głupio, bo tyle mi dała, nawet mnie nie znając, ba! Nawet nie wiedząc o tym. Paradoks.

Podziękowałabym jej. Ale jak? Żeby nie wyjść na psychopatę ani  desperatkę?
Odświeżam i widzę, że dodała kolejne. Jaram się jak dziecko w dniu rozpakowywania prezentów. Nie wiem jaki koktajl zaserwuje dzisiaj. Trochę się boję, trochę się cieszę, najbardziej umieram z ciekawości. Jestem przecież fetyszystką słowa.  Jego wieloznaczeniowości. Jednym słowem, jednym zdaniem można tyle wyrazić.

Udało się jej. Zamknąć mnie w swojej klatce i sprawić bym była szczęśliwa.  Obiera mi wolność każdym słowem, wciąga mnie w swój świat, robi ze mną co chce. Wodzi mnie za nos. A ja, kochająca wolność, nienawidząca zamknięcia, pozwalam się  jej sterować, jakbym była marionetką.  I podoba mi się to. Oddaję się temu z przyjemnością, śledząc jak wariat kolejną literkę po literce.

Jestem wybredna, zawsze byłam. Od niej jednak kupiłabym wszystko. Dała mi wiarę, że może być lepiej. Pozwoliła uwierzyć, że nie ma drogi bez wyjścia. Nauczyła mnie rozumieć emocje i to nie tylko moje, ale też innych.  Z zamkniętej w sobie osoby, zrobiła ze mnie kogoś, kto nie boi się zacząć pierwszy rozmowy.
Siedzę przed laptopem i ze łzami w oczach patrzę w ekran. Śmieją się ze mnie za plecami, śmieją mi się prosto w twarz, że przeżywam fikcję, jakby była życiem realnym. Ale oni nie rozumieją. Nie pojmą faktu, że obcy człowiek może dać drugiej stronie coś od siebie. Zwykłą zabawą, zwykłą rozrywką. Kilkoma naprędce napisanymi zdaniami. Tak po prostu, bo ma swoje widzimisię.
Oni nie zrozumieją, że coś takiego może zmienić czyjeś życie, czyjś pogląd na świat. Nie zrozumieją tego, jak obca osoba może dać drugiej śmiech, łzy czy zmusić do refleksji.  
Nie zrozumieją, bo tego nie przeżyli. I są przez to ubodzy.
O jeden z najpiękniejszych skarbów.
O emocje i chwilę zatracenia podczas biegu zwanego  życiem.
Jej się udało. I mam nadzieję, będzie udawać się dalej.

Jane  Doe. Callen. Greece. Ross. Avery. Moore. Haughton. Sanders.  Lusignan. Berkely. Lerman . Stone. Humilton. Silvernight


czwartek, 30 października 2014

mara

dla Boo. chciała, żeby to opublikować
bohaterowie: Amelia (Mia, Amie), Brian, Michelle.


utwór jest częścią kompatybilną z tekstem.

Po cichu podeszła do okna. Gdyby ktokolwiek zauważył, że wstała, albo ruszyła się z łóżka, natychmiast dali by jej kolejną "więzienną" do pilnowania. A przecież od tak dawna tęskniła za słońcem. Odsunęła czarną kotarę, na zewnątrz panował jeszcze mrok. Z westchnieniem podeszła do biurka. Wiedziała, że zostało jej niewiele czasu, do pierwszej kontroli, a jeszcze czekało na nią odpisanie Michelle.

* * *

M.,

kolejny miesiąc minął. Przypominam coraz bardziej świnię przygotowywaną na święta. Chodzą wokół mnie, robiąc ze mnie kalekę. A przecież jestem tylko w ciąży! Czuję się jak w klatce, jak w więzieniu. Od kiedy matka się dowiedziała, nie mam życia. Bri widzę tylko na ekranie, kiedy dzwoni do mnie. Nie wpuszczają do mnie nikogo. Lekarz chodzi dookoła i ,z uśmiechem klauna pedofila, non stop zapewnia mnie, że 'fszycko będzie dobrze'. Nie wiem co miałoby być nie tak, ale cóż. Udało mi się namówić matkę, żeby nie pozwalała Borysowi wchodzić do mnie. Wystarczyło udać omdlenie. Dalej do niego nie dociera, że nie będę z nim dlatego, że nasi starzy sobie tego życzą. Matka co prawda naciska, ale może sobie gadać.
Nie potrzebuję jej pieniędzy, za to ona potrzebuje wnuka.
Musiałam zrezygnować z uczelni. Uznali, że śpiewanie i bieganie na próby jest zbyt męczące. Czuję jak matka próbuje odebrać mi wszystko, co moje i zastąpić swoim. O moim dziecku mówi Jean i nie dociera do niej, że we mnie rośnie Blayne. Zabrała mi wszystko, zamykając mnie w tym domu, mojego faceta separuje ode mnie. I Ciebie.
Pewnie wiesz, że Brian rzucił szkołę jak tylko się dowiedział. Stwierdził, że i tak potrafi grać na gitarze, a na małego chce zarobić. Nawet to nie przekonało mojej matki. Boję się. Że zepsułam mu życie, że nie spełni swoich marzeń. Chociaż mówi, że teraz marzy o domu, o pełnej rodzinie. Boję się, że matka zamknie mnie tu, razem z dzieckiem. Boję się, że nam nie wyjdzie i będziemy żałować. Nigdy nie będziemy bowiem tacy, jacy chcieliśmy być wcześniej...


Usłyszała ciche bicie zegara. Zapisała plik i wrzuciła do folderu. Wstała od laptopa, poczuła mrowienie w nogach. Na palcach podeszła do okna i odsunęła kotarę. Ostatnie, co zobaczyła, to krwistoczerwone słońce
Wrzaski matki obudziły ją od razu. Zaalarmowana tym pielęgniarka od razu do niej podeszła. Z uśmiechem zakomunikowała jej, że znajduje się w dobrych rękach i przygotowują się do zabiegu.
- czy zawiadomić kogoś do Pani? Poprosić mamę?
Pokiwała przecząco głową i wskazała na leżący nieopodal telefon.
- Brian. Michelle - Wyszeptała.

***
Czuła się jakby ktoś ją obserwował. Swędziały ją powieki, ale nie czuła dłoni, choć widziała, że jej ramiona leżą tuż przy jej ciele. Nie mogła, nie była w stanie się ruszyć. Próbowała podnieść rękę, ruszyć głową, ale wtedy miliony gwoździ wbijały się w jej ciało. Mimo porażającego bólu, udało się jej otworzyć oczy. Dookoła panował mrok. Po chwili zorientowała się, że ściany, sufit i podłoga są całe czarne. Kątem oka zauważyła, że zamiast drzwi, jest czarna, mosiężna krata. Zadrżała że strachu. W tym samym momencie poruszyła się zasłona, jakby trącona wiatrem. Zaskoczona tym sapnęła, a wtedy materiał znów sie poruszył. Pomyślała, że może to jest sposób, na uwolnienie się od gwoździ i kleju, więc wzięła kilka głębokich wdechów i wydechów. Mimo, że ból się wzmocnił, a płuca płonęły żywym ogniem, nie podawała się. Zasłona fruwała w rytm jej oddechów, nie odkrywając jednak okna. Mia poczuła chłód na twarzy, jakby zanurzyła ją w strumieniu leśnej wody. Przyniosło jej to ukojenie, a ból choć nie mijał, zaczął schodzić na drugi plan. Przypominało jej to dzieciństwo spędzone na bieganiu po lasach, podczas wakacji u babci. Po chwili dopiero zorientowała się, że płacze. Kiedy łza spadła na ziemię, na ścianie pojawił się obrazek, niby ruchome zdjęcie. Było to wspomnienie, jedno z pierwszych. Z każdą kolejną kroplą, przybywało ich, zapełniały każdy fragment, od podłogi po sufit, zbliżając się powoli w kierunku jedynego w pomieszczeniu okna. Przed oczami migały jej fragmenty życia, wspomnienia, decyzje, marzenia, układając się w puzzle. Śledziła je wzrokiem, przeżywała na nowo. Zapomniała o mroku, tej klejącej czerni, o klatce, w której była. W końcu cały pokój zaczął migotać kolorami, wyjąwszy jeden mały kwadracik, który pozostał czarny. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Nie czuła już łez, nie miała ochoty płakać. Jeszcze raz, powoli przyjrzała się zdjęciom. Swojemu uśmiechowi, kiedy wygrała konkurs,do którego przygotowywała się miesiącami, kosztem czasu na odpoczynek
Radości po pierwszej randce z Brianem
do której doszło, dlatego, że zagadała do niego pierwsza.
- To my kreujemy swoje życie, dążąc do celu, spełniając marzenia.- Pomyślała.

Wtedy obrazy zlały się w jedno, a ją wchłonęło palące światło

***
Pierwszym, co zobaczyła był szpitalny sufit. Zapach jaki unosił się dookoła piekł ją w nos.  Zza drzwi dobiegało ją łkanie matki. Pokręciła głową z niesmakiem. Sama czuła się lekka i  spokojna.  Wyciągnęła rękę w stronę guzika przywołującego pielęgniarkę. 
- Chcę zobaczyć moje dziecko. - Wyszeptała Mia, kiedy kobieta pojawiła się w sali.
- Pani Amelio nie wiem czy to właściwy moment, poczekajmy na lekarza - Zaczęła, ale Mia przerwała jej od razu.
- Chcę zobaczyć swojego syna.
Upór wypisany na jej twarzy sprawił, że pielęgniarka po chwili pojawiła się w drzwiach z zawiniątkiem. Serce dziewczyny przyspieszyło,  kiedy zobaczyła ruszające się małe rączki wynurzające się znad zwoju materiału. Oczy miała wielkości spodków, kiedy poczuła małe, ciepłe ciałko na swojej skórze. Blayne  był malutki, jego czarne włosy zawijały się w małe sprężynki. Posapywał z delikatnym uśmiechem na twarzy. Pocałowała go w czubek głowy, a on poruszył się i otworzył oczy. Były czekoladowe, o kształcie migdałów. Zrobiło się jej gorąco, oddech uwiązł w gardle. Wystarczyło jej jedno spojrzenie w oczy małego, żeby wiedzieć, że nie dożyje wschodu słońca. Łzy zaczęły płynąć jej po twarzy, grunt usunął się spod nóg. Nie wiedziała co robić, chciała go chronić, uratować, nawet przed nim samym. Gotowa byłaby zrobić wszystko, byle tylko móc patrzeć jak dorasta. Patrzeć jak wstaje i zaczyna spełniać swoje marzenia.  Chciała krzyczeć z bólu, ale Blayne w tym momencie przytulił się do jej policzka, w miejscu, które było najbardziej mokre do łez. Pokręcił głową, jakby chciał je osuszyć i uśmiechnął się do niej delikatnie.

Popatrzyła na niego zafascynowana i poczuła jak wszystko się z niej ulatnia. Cały ból, radość, smutek i żal. Ciepłe, jasne światło rozlało się w niej od czubków palców, po końcówki włosów. Stała się wolna, wiedziała jednak, że czeka ją jeszcze jedna ważna rozmowa.

***
- Michelle, ani mały, ani ja nie dożyjemy rana.- Powiedziała spokojnym głosem.
- Mia, skończ tak mówić, lekarz powiedział..- Michelle płakała cicho.
- Mówić sobie może, ja jednak wiem. Czuję to i jestem gotowa. Marzyłam o byciu matką. Teraz moje dziecko umrze, a ja nie będę mogła mieć swoich. Co mi zostanie? - Amelia spojrzała na przyjaciółkę.
- Jest jeszcze adopcja...
-  Teraz jestem  spokojna, bo wmawiam sobie, że mały jest obok. Karmię się marzeniami,  które się nigdy nie spełnią. Nie będę potem miała punktu zaczepienia, nie będę miała swojego miejsca. Tak jakby odebrali mi połowę organów. Czuję tę nadchodzącą pustkę. Tracąc małego, nie tracę tylko dziecka, ale cały mój świat, moje marzenia, tracę przede wszystkim samą siebie. Już przestaję się poznawać, jak będę radziła sobie potem?
- Mia, masz jeszcze Briana.
- Właśnie. Dlatego cię poprosiłam tu. Chelle, pomóż mu. Zmuś go, żeby rozwijał się dalej. Żeby coś osiągnął. Chelle, obiecaj mi!
- Am..- Michelle zawiesiła głos.
- Michelle, obiecaj mi, że spełnisz to jedno moje marzenie, żeby był szczęśliwy.
 
***
W głowie miała każdą chwilę, którą z nim spędziła. Był jej marzeniem i snem, ona była jego podporą i motywacją. Wiedziała, że wszystko zmieni się za kilka godzin. Oczyma wyobraźni widziała dwa scenariusze, które mogłyby się spełnić. Pierwszym była szczęśliwa rodzina, gromada przyjaciół i spokojne leniwe wieczory.  W drugim widziała sam żal i złość, ogromne cierpienie, wzajemne wyrzuty. W głębi duszy cieszyła się, że ten drugi nie będzie miał miejsca, ani czasu. Jedyne czego żałowała teraz, to fakt, że już więcej nie zobaczy...
- Mich, gdzie on jest?
- Jedzie kochana, będzie niedługo.
Mia spojrzała w okno. Niebo stawało się co raz bardziej różowe. Oddychała ciężko i każdy ruch sprawiał jej ból. Trzymała się jednak, żeby móc zobaczyć go, po raz ostatni.  Pierwsze pomarańczowe promienie zaczęły pojawiać się na niebie, kiedy on wszedł do pokoju.
- Amie, co się dzieje? Gdzie maluch?
Rozejrzał się po twarzach i zamarł z przerażenia. Podbiegł do jej łóżka i chwycił ją za rękę. Reszta osób wyszła z pokoju.
- Amie? Amie, kochanie..- Łzy zaczęły mu płynąć po twarzy.
Odwróciła się do niego powoli, otarła mu ręką policzki.
- Bri. Obiecaj mi...Ja już odchodzę. Miałam swoje marzenie, spełniło się.
- Amie zrobię wszystko, nie zostawiaj mnie proszę! Będziesz żyć, uwierz!
- Bri, głuptasie. Obiecaj mi, że od momentu jak stąd wyjdziesz, zostaniesz tym, o kim zawsze marzyłeś.



piątek, 25 lipca 2014

pointy



[ do zamieszczonego utworu tańczy para bohaterów. ]



Stała oparta o filar, obserwując tańczące pary. Tłum płynął w jednym rytmie, porozumiewając się jeżykiem tylko jemu znanym. Delikatne pchnięcia bioder, zmiany tempa, karkołomne przejścia i pozy. Nieświadomie zaczęła poruszać się takt w takt za muzyką, dodając od siebie coś, do tego konserwatywnego układu.
- Nogę przesuń na trzy, nie na dwa. – Usłyszała za sobą zmysłowy głos.
Odwróciła się pośpiesznie. Nie było za nią nikogo, choć rozglądała się dłuższą chwilę. Westchnęła i ponownie odwróciła w kierunku tańczących. Stał przed nią w masce, tylko oczy zdradzały łobuzerski uśmiech.
- Zatańczymy?- Zapytał od razu łapiąc ją za rękę i prowadząc na środek sali. Szła jakby ją zahipnotyzował, jakby przyciągał ją do niego niewidzialny magnes.
- Chyba powinnaś być nieco bliżej, nieprawdaż?- Złapał ją w talii i przyciągnął do siebie. Jej piersi uderzyły o jego klatkę piersiową. Zadrżała. Przycisnął ją do siebie, tak, że jej usta dzieliły milimetry od nagiej skóry. Siłą woli zmusiła się do patrzenia na guziki jego koszuli.- Tak lepiej.
Czas stanął w miejscu. Wydawało się jej, że mijają godziny, kiedy stali bez ruchu, czekając na pierwsze dźwięki od orkiestry.
Nie usłyszała nic, onieśmielona jego bliskością, omotana jego zapachem. Kiedy wbił palce w jej plecy, poczuła jak milion szpilek wpija się w jej skórę. Ból był tak przyjemny, że mimowolnie jęknęła.
- Jednak wydajesz z siebie jakieś oznaki życia. Z chęcią zobaczę, co będzie dalej.- Wyszeptał w jej ucho, a ją samą przeszedł dreszcz. Oblizała wargi. Nie rozumiała, dlaczego nie jest w stanie powiedzieć słowa, wykonać najmniejszego ruchu. Jej pewność siebie rozpłynęła się w mgnieniu oka. Zacisnęła powieki.
Wzięła wdech, jej ciało przeszyła wibracja muzyki. Popchnął ją do tyłu, zmuszając do kroku. Przycisnął biodro do jej biodra tak, że dzieliła ich tylko warstwa materiału jej sukienki i jego garnituru. Przesunął ją agresywnie i szybko, jej policzek znalazł się tuż obok jego. Zaczęli płynąć poprzez salę, nie zwracając uwagi na nic poza sobą.

Czuła się jakby była pod wpływem alkoholu. Niebywale lekka, kręciło się jej w głowie. Resztką uwagi odnotowywała każdą zmianę jego ciała. Każde dodatkowe muśnięcie, każdy dodatkowy ścisk. Kiedy po raz pierwszy odepchnął ją od siebie, poczuła się, jakby brakowało jej powietrza. Nie mogąc wziąć oddechu szukała go wzrokiem wirując wokół własnej osi, dziękując w duszy, że czuje jego palce, które pilnują ją przed utratą równowagi. Kiedy ponownie znalazła się przy nim jej oddech był urywany. Czuła łzy pod policzkami.
- Czyżbyś nie lubiła się kręcić?- Zapytał chytrze, zmieniając pozycję, by zmienić kierunek. Chciała mu odpowiedzieć, ale niespodziewanie odepchną ją od siebie i odwrócił tak, że stała do niego tyłem. Zacisnął dłonie na jej biodrach, zmuszając je do ruchu. Czuła na szyi jego ciepły oddech, jego palce błądziły po jej ciele. Słyszała już tylko własne bicie serca i szum krwi przepływającej przez jej ciało. Czuła jak przez jej ciało przechodzi dreszcz pożądania, nie była w stanie go ukryć. On w odpowiedzi delikatnie przygryzł jej ucho. Poczuła, jak kropelki potu zraszają jej ciało, kiedy znowu ją odepchnął. Zrozumiała, że zamierza trzymać ją na granicy, nie była w stanie jednak nic z tym zrobić. Zdominował ją całkowicie, podobało się jej to. Jego palce płynęły po jej skórze, formując i kształtując jej ciało. Sterował nią z bezlitosną precyzją. Zacisnął palce na materiale tuż pod jej piersiami, delikatnie szczypiąc skórę. Wygięła się w łuk, z głową opartą na jego ramieniu. Unosiła się na fali rozkoszy, wijąc się pod jego dotykiem. Szeptał jej do ucha słowa piosenki, niczym zaklęcie. Nie zwracała uwagi na znaczenie wyrazów, jego oddech na jej skórze wytrącał ją całkowicie z równowagi. Cicho pojękiwała, brzmiało to jakby nuciła z nim w duecie. Znów ją obrócił przodem do siebie. Jego czarne oczy przeszyły jej twarz. Były delikatnie zamglone, kiedy przygryzł wargę, oceniając jej wytrzymałość. Jej dłoń oparł na swojej klatce piersiowej. Uważnie badała opuszkami palców mięśnie jego brzucha. Uszczypnęła go delikatnie i usłyszała jak wciąga powietrze. W odpowiedzi agresywnie złapał jej udo i zahaczył o swoje. Trwali tak kilka chwil. Czuła przez materiał umięśnione udo, palcami wodziła po jego ciele. Odchylił ją do tyłu, nadal mocno trzymając. Jej włosy dotknęły ziemi.
- Więc jednak nie jesteś tak nieśmiała, na jaką wyglądasz.- Wymruczał jej do ucha. Przechyliła głowę i delikatnie musnęła ustami jego dłoń. Poderwał ją do góry w momencie, zmuszając by patrzyła mu w oczy. Uśmiechnęła się niewinnie, jej oczy jednak rzucały mu wyzwanie. Wpił się w jej usta, tak mocno i łapczywie, że straciła oddech. Zarzuciła mu ręce na szyję, nie chcąc przerywać pocałunku przywarła do niego. Ochoczo odpowiedział na jej entuzjazm, delikatnie unosząc ją i powracając do tańca. Ich biodra splatały się w jednym rytmie łącznie z wargami, dłonie płynęły po ciele. Parkiet płonął pod ich stopami. Odsunął ją delikatnie od siebie i patrząc w oczy uśmiechnął się drapieżnie.
- Widzę, że zapamiętałaś, noga na trzy. Zaufasz mi?
- Chyba nie mam wyboru.
- Prawa dłoń, na moje prawe ramię.
Wykonała polecenie. Po chwili poczuła, jak traci grunt pod stopami i mimowolnie podkuliła nogi. Oparł ją na swoim biodrze, zmuszając ją do wyprostowania lewej nogi. Sprawnie przesunął ją, jej twarz znalazła się na wysokości jego twarzy. Chciała go ponownie pocałować, on jednak odchylił ją i musnął ustami dekolt. Delikatnie postawił na ziemi i okręcił wokół jej własnej osi. Przywarła do niego, łapczywie chwytając powietrze. Złapał ją za dłoń i poprowadził w kierunku wyjścia.  W lustrze zobaczyła swoje odbicie. Jej oczy błyszczały niczym gwiazdy, usta były czerwone, włosy w nieładzie. Była rozpalona, czuła ogień w całym ciele. Nieśmiało ścisnęła jego dłoń. Odpowiedział jej stanowczym uściskiem. Wychodząc, wpadli na drzwiach na drugiego mężczyznę. Zmierzył ją wzrokiem i otwarł usta, by coś powiedzieć, nie dała mu jednak dojść do słowa.
- Przykro mi, ale się spóźniłeś. Przynajmniej mogłeś zobaczyć, co to znaczy tańczyć naprawdę.

Got me hoping you'll page me right now, your kiss
Got me hoping you'll save me right now

środa, 2 lipca 2014

epilog



>> utwór zamieszczony, ważny, wręcz konieczny <<



Patrzę jak twoja krew wsiąka w ziemię. Czuję ostatnie ciepło bijące od twojego ciała. Umierasz, a ja jestem tak cholernie szczęśliwa. Uczycie podobne do pierwszych chwil zakochania. Widzę, jak łapiesz powietrze. Tak zabawnie przypominasz rybę. Chichoczę. Charczysz coś do mnie, z twoich ust wypływa potok krwi. Oblizuję wargi, czuję przy tym słodki smak. Twoja krew pachnie karmelem. Patrzę na ostatnie ruchy twojej klatki piersiowej. Oddech staje mi w gardle. Pamiętam, jakie ciepło biło od niej, jak czułam się bezpieczna i na chwilę łzy pojawiają się w kącikach moich oczu. Ścieram je dłonią.

Spoglądam na otwarte rany w twoim ciele i od razu robię się spokojniejsza. Są tak bardzo rubinowe, gdzieniegdzie krew przechodzi w burgund, by dalej ustąpić miejsca czerni. Znów coś do mnie warczysz. Zaczynam się znowu śmiać. Tak bardzo nie mogę przestać. Tak bardzo bawi mnie ten twój anielski głos, który w ostatnich twoich chwilach przypomina zarzynaną świnię.

Teraz już jesteś człowiekiem, tak samo jak ja. Posiniaczona, poharatana, kiedy wyzywałeś mnie od kurew. Mój mały, teraz właśnie cię zdradzam. Po raz pierwszy Ciebie. Nie siebie. Ten jeden raz działam w zgodzie z sobą. Z moim sercem. Moją duszą. Pożądaniem. Teraz właśnie widzisz tę namiętność, o którą byłeś tak zazdrosny. Oto jest „Max”. To jest „Jace”. To mogłeś być ty. Bez słów, bez uderzeń. W twarz. Głową o ścianę.

Teraz to ja stoję i patrzę. Teraz to ja krzyczę, szeptają ci do ucha. Teraz ja uderzam, dotykając opuszkami palców, twoich szram, których jest tak dużo. Moja wina? Ale popatrz.

Tu jest twoje kocham. Malutkie, prawda? O, popatrz tutaj widać każdy twój dotyk, który tak lubiłam. A tutaj jest twoje przepraszam. No czy to moja wina, że ciągnie się od sutka, aż po pępek?  A teraz kochanie pokażę ci każde uderzenie, połączone z kurwą, dziwką, szmatą, każdym siniakiem w szwem. To ten piękny, tak głęboki szlaczek, czujesz? Od ust, aż po nicość, bo przecież mężczyzną nigdy nie byłeś. Co mówisz skarbie? Przepraszam? Nożyk tańczy mi między palcami. Tak słodko wibruje, jak twój głos podczas wyciągania wysokiego „C”.

Zaśpiewaj. No proszę zaśpiewaj mi po raz ostatni. Jak to było… No pomóż mi! No zanuć, choć troszeczkę. Nie pamiętasz już? To ja ci pomogę, tyle razy śpiewałam, kiedy zostawiałeś mnie na kafelkach w kuchni.

and it’s hard to find
hard to find
hard to find the strength now but i try
and I don't want to
don't want to
don't want to dont want to speak now
of what's gone by

O mój skarbie, mówisz już szeptem. No dalej, umiesz napiąć przeponę. Tak, mogę ci pomóc. Popatrz tańczę dla ciebie tak, jak nigdy wcześniej. To mój taniec, ten pierwszy, weselny. Popatrz, tak się będę w nim przytulać. Tak będą błyszczały mi oczy. Jak teraz, kiedy patrzę na ciebie.

Kochanie, chcę ci tylko jeszcze podziękować. Za to, że w końcu wiem, jak można płonąć tak dziką żądzą. Czuję ten ogień każdym milimetrem skóry.
Kochanie, mój biedny, pokrwawiony.
Popatrz ,jak płoniesz.

.

.