Stoję nad brzegiem oceanu. Kilka kroków dzieli mnie końca tego
klifu. Czuję wiatr na twarzy, smakuje
solą, jak łzy. Dotykam swojej twarzy.
Wyczuwam mokre strumyki na policzkach, kąciki ust kieruję w stronę nieba. Nie
ma nikogo, nie widzi mnie nikt, nikt nie słyszy. Horyzont mnie woła, czuję jego krzyk
skierowany w moją stronę. On mnie przyzywa, ale nie rozkazuje. Stoję
nieruchomo, napawając się tym dźwiękiem, torturując ciało, które tak bardzo
chciałaby odpowiedzieć na wezwanie.
***
Moja matka zawsze
powtarzała nazwisko Daylight zobowiązuje.
Obowiązywało i mnie. Najdroższa podstawówka, prywatne liceum. Potem studia,
koniecznie prawnicze, w drodze wyjątku lekarskie. Od początku, od moich narodzin, miałam
zaplanowane życie. Moi rodzice obracali
się w towarzystwie o tych samych, co oni, poglądach. Anne, Josh, Walter,
Corrine, Dexter. Wszyscy byliśmy tacy sami, zaprogramowani na sukces. Przez pewien czas nie widzieliśmy w tym nic
złego. W końcu byliśmy najlepsi, począwszy od genów, przekazanych przez
rodziców, skończywszy na sznurowadłach w markowych butach. Idealne kopie rodziców.
Ubierali nas tak samo.
Wybrali nam te same szkoły.
Te same książki kazali nam czytać.
Tej samej muzyki musieliśmy słuchać.
To samo jedzenie nam dawali, bo przecież tylko kawior jest arystokracki.
Anne i Walter
Josh i Lacey
Corrine i Dexter.
Skazani na siebie od samego początku. Ale przecież to wszystko było w porządku, naturalne w naszym środowisku.
Poznanie innego nie było nam dane.
Być dumą rodziców, marzenie każdego dziecka. Miałam osiem, kiedy urodziła się moja siostra. Tak inna ode mnie. Camille, mała calineczka. Kiedy skończyła dziesięć lat, sytuacja uległa zmianie. Moje czarne włosy zaczęły razić moją matkę. Zieleń moich oczu była zbyt brudna dla jej wzroku. Ale nazwisko Daylight obowiązuje. Pierwsze dziecko, bowiem drugie ma możliwość wyboru. Chciałam znowu poczuć miłość matki. Starałam się myśleć tak jak oni. Tak jak oni pić, bawić się. Ale po kryjomu chciałam czytać inne książki, inna muzyka mi się podobała. Czułam się brudna, wydawało mi się, że widzę pogardę w oczach matki. Wiedząc, że w sercu nie spełniam ich wymagań, na zewnątrz poświęcałam wszystko, by upodobnić się do nich. O mojej inności wiedział tylko On. I tylko przy nim czułam się normalna, szczęśliwa. Z nim znalazłam grono, tak inne od tego, w którym się wychowaliśmy, a jednak tak bliskie nam.
Moja matka zawsze kojarzyła mi się ze szczurem. Wyczuła skazę, jaką w sobie nosiłam. Inność
Osiemnaście lat miałam, kiedy zakochałam się po raz pierwszy. Siedemnaśie lat miałam, kiedy rodzice wyprawili mi zaręczynowe przyjęcie. Zakochałam się w moim przyjacielu, od dziecka. Rodzice zaplanowali mi Josha. Ja kochałam, o dwa lata starszego Dextera. Prosiłam matkę, pana ojca, ale zawsze słyszałam: nazwisko Daylight zobowiązuje. Chcąc zapobiec skandalowi, rodzice Dexa zmusili go do ślubu, w wieku dwudziestu lat, z Corrine. Dwa dni przed jego ślubem otrzymałam list. Ostatnie zdanie będę pamiętała do śmierci.
(…) wydaje mi się, że znalazłem skrzydła. Zawsze będę przy Tobie nawet, jeśli będę fruwał gdzie indziej. Mam nadzieję, że kiedy znajdziesz swoje, odlecisz stąd i znajdziesz gniazdo, jakie jest Tobie pisane.(…)
Dexter nie znalazł skrzydeł. Dexter mnie okłamał. Dexter popełnił samobójstwo.
Dexter był tchórzem. Takim samym jak nasze rodziny.
Skoczył. A ja obiecałam sobie, że polecę za nim.
***
Udawałam, grałam. Po śmierci Dexa, coś zaczęło we mnie pękać. Nie byłam w stanie patrzeć na ich twarze, ich głos doprowadzał mnie do szaleństwa. Moje oceny zaczęły spadać, moje zachowanie było naganne, jednak matka, chcąc uchodzić za perfekcyjną rodzinę, mówiła, że to tylko szok po stracie kolegi z dzieciństwa.
Unikałam wybranka moich rodziców. Zaczęłam uciekać do miasta, jak najdalej od "rodzinnych stron". Wtedy poznałam Briana, który pokazał mi inny świat. Świat pełen indywidualnych marzeń, osobistych wyborów. Poczułam, jak ogromny ciężar spada mi z serca. Nie byłam nienormalna, byłam zwykłym człowiekiem, który chce żyć po swojemu.
W rok po śmierci Dextera otrzymałam list. W środku było zdjęcie lecących ptaków, dobrze wiedziałam, kiedy zostało zrobione. Z tyłu był podpis nigdy nie wątp. Kilka dni później miał się odbyć mój ślub. Przed samym kościołem ogłosiłam publicznie, że nie mam zamiaru wychodzić za Josha, że moje życie to moje wybory. Odezwałam się publicznie, bez zezwolenia. Sprzeciwiłam się woli rodziców. Odeszłam. Po tym wszystkim ojciec przeklął mnie całkowicie. Byłam przerażona, kiedy pojawiłam się na progu Briana z walizkami. Powiedział tylko Poradzimy sobie. A ja mu uwierzyłam.
***
W trzy lata po moim odejściu doszły mnie słuchy, że z Camille coś się dzieje. Szeptano, że moi rodzice mają pecha, bo już drugie dziecko im się nie udało. Miałam inny kolor włosów, malowałam się, schudłam. Wyglądałam inaczej niż za czasów, kiedy matka robiła ze mnie córkę do wydania. Udało mi się wejść na jedną z imprez w centrum, gdzie spotkałam Camille. Po rozmowie z nią wiedziałam już, że jest podobna do mnie. Utrzymywałyśmy kontakt po kryjomu, choć rzadko bo rodzice pilnowali jej. Widziałam jak cierpi, jak nie daje rady.
Pamiętam dzień, kiedy siedzieliśmy przy śniadaniu z Brianem. Czytałam gazetę,a kiedy zobaczyłam tytuł kolejnego artykułu zamarłam. Kolejna tragedia w rodzinie Daylight. Zaczęło brakować mi oddechu.
Brian podszedł do mnie, zerknął przez ramię, by przelecieć tekst wzrokiem.
Uciekła. Spokojnie, po prostu uciekła.
***
Dziś już wiem, że byłam kukiełką w teatrzyku lalek. Nigdy jednak nie umiałam zagrać według scenariusza, jaki mi pisano. Byłam pisklęciem kury, które marzyło o skrzydłach. Patrzę w dół. Przede mną przepaść, nie widzę jej końca, słyszę tylko wodę szumiącą delikatnie, gdzieś w oddali. Na kartce mam narysowane czarne skrzydła, sama je tworzyłam piórko, po piórku, lotka, po lotce. Brian mówi, że jestem silna. Ja mówię, że to one dają mi siłę. Biorę głęboki oddech. Wokół bioder mam owinięty cienki sznurek, jedyne, co łączy mnie z Daylightami. Podskakuję w miejscu, patrzę po raz ostatni na Briana, który stoi po mojej lewej stronie. Od serca. Muszę dać radę, dla niego, dla siebie, dla nas. Dla mojej siostry, która cierpi przez to, że jest teraz jedynaczką. Rozpędzam się. Nie patrzę za siebie, znam to na pamięć. Słowa mojej matki, kiedy uciekłam sprzed ołtarza. Łzy Camille, która wewnętrznie jest podobna do mnie. Stracone dziedzictwo. Stracone lata.
Ubierali nas tak samo.
Wybrali nam te same szkoły.
Te same książki kazali nam czytać.
Tej samej muzyki musieliśmy słuchać.
To samo jedzenie nam dawali, bo przecież tylko kawior jest arystokracki.
Anne i Walter
Josh i Lacey
Corrine i Dexter.
Skazani na siebie od samego początku. Ale przecież to wszystko było w porządku, naturalne w naszym środowisku.
Poznanie innego nie było nam dane.
Być dumą rodziców, marzenie każdego dziecka. Miałam osiem, kiedy urodziła się moja siostra. Tak inna ode mnie. Camille, mała calineczka. Kiedy skończyła dziesięć lat, sytuacja uległa zmianie. Moje czarne włosy zaczęły razić moją matkę. Zieleń moich oczu była zbyt brudna dla jej wzroku. Ale nazwisko Daylight obowiązuje. Pierwsze dziecko, bowiem drugie ma możliwość wyboru. Chciałam znowu poczuć miłość matki. Starałam się myśleć tak jak oni. Tak jak oni pić, bawić się. Ale po kryjomu chciałam czytać inne książki, inna muzyka mi się podobała. Czułam się brudna, wydawało mi się, że widzę pogardę w oczach matki. Wiedząc, że w sercu nie spełniam ich wymagań, na zewnątrz poświęcałam wszystko, by upodobnić się do nich. O mojej inności wiedział tylko On. I tylko przy nim czułam się normalna, szczęśliwa. Z nim znalazłam grono, tak inne od tego, w którym się wychowaliśmy, a jednak tak bliskie nam.
Moja matka zawsze kojarzyła mi się ze szczurem. Wyczuła skazę, jaką w sobie nosiłam. Inność
Osiemnaście lat miałam, kiedy zakochałam się po raz pierwszy. Siedemnaśie lat miałam, kiedy rodzice wyprawili mi zaręczynowe przyjęcie. Zakochałam się w moim przyjacielu, od dziecka. Rodzice zaplanowali mi Josha. Ja kochałam, o dwa lata starszego Dextera. Prosiłam matkę, pana ojca, ale zawsze słyszałam: nazwisko Daylight zobowiązuje. Chcąc zapobiec skandalowi, rodzice Dexa zmusili go do ślubu, w wieku dwudziestu lat, z Corrine. Dwa dni przed jego ślubem otrzymałam list. Ostatnie zdanie będę pamiętała do śmierci.
(…) wydaje mi się, że znalazłem skrzydła. Zawsze będę przy Tobie nawet, jeśli będę fruwał gdzie indziej. Mam nadzieję, że kiedy znajdziesz swoje, odlecisz stąd i znajdziesz gniazdo, jakie jest Tobie pisane.(…)
Dexter nie znalazł skrzydeł. Dexter mnie okłamał. Dexter popełnił samobójstwo.
Dexter był tchórzem. Takim samym jak nasze rodziny.
Skoczył. A ja obiecałam sobie, że polecę za nim.
***
Udawałam, grałam. Po śmierci Dexa, coś zaczęło we mnie pękać. Nie byłam w stanie patrzeć na ich twarze, ich głos doprowadzał mnie do szaleństwa. Moje oceny zaczęły spadać, moje zachowanie było naganne, jednak matka, chcąc uchodzić za perfekcyjną rodzinę, mówiła, że to tylko szok po stracie kolegi z dzieciństwa.
Unikałam wybranka moich rodziców. Zaczęłam uciekać do miasta, jak najdalej od "rodzinnych stron". Wtedy poznałam Briana, który pokazał mi inny świat. Świat pełen indywidualnych marzeń, osobistych wyborów. Poczułam, jak ogromny ciężar spada mi z serca. Nie byłam nienormalna, byłam zwykłym człowiekiem, który chce żyć po swojemu.
W rok po śmierci Dextera otrzymałam list. W środku było zdjęcie lecących ptaków, dobrze wiedziałam, kiedy zostało zrobione. Z tyłu był podpis nigdy nie wątp. Kilka dni później miał się odbyć mój ślub. Przed samym kościołem ogłosiłam publicznie, że nie mam zamiaru wychodzić za Josha, że moje życie to moje wybory. Odezwałam się publicznie, bez zezwolenia. Sprzeciwiłam się woli rodziców. Odeszłam. Po tym wszystkim ojciec przeklął mnie całkowicie. Byłam przerażona, kiedy pojawiłam się na progu Briana z walizkami. Powiedział tylko Poradzimy sobie. A ja mu uwierzyłam.
***
W trzy lata po moim odejściu doszły mnie słuchy, że z Camille coś się dzieje. Szeptano, że moi rodzice mają pecha, bo już drugie dziecko im się nie udało. Miałam inny kolor włosów, malowałam się, schudłam. Wyglądałam inaczej niż za czasów, kiedy matka robiła ze mnie córkę do wydania. Udało mi się wejść na jedną z imprez w centrum, gdzie spotkałam Camille. Po rozmowie z nią wiedziałam już, że jest podobna do mnie. Utrzymywałyśmy kontakt po kryjomu, choć rzadko bo rodzice pilnowali jej. Widziałam jak cierpi, jak nie daje rady.
Pamiętam dzień, kiedy siedzieliśmy przy śniadaniu z Brianem. Czytałam gazetę,a kiedy zobaczyłam tytuł kolejnego artykułu zamarłam. Kolejna tragedia w rodzinie Daylight. Zaczęło brakować mi oddechu.
Brian podszedł do mnie, zerknął przez ramię, by przelecieć tekst wzrokiem.
Uciekła. Spokojnie, po prostu uciekła.
***
Dziś już wiem, że byłam kukiełką w teatrzyku lalek. Nigdy jednak nie umiałam zagrać według scenariusza, jaki mi pisano. Byłam pisklęciem kury, które marzyło o skrzydłach. Patrzę w dół. Przede mną przepaść, nie widzę jej końca, słyszę tylko wodę szumiącą delikatnie, gdzieś w oddali. Na kartce mam narysowane czarne skrzydła, sama je tworzyłam piórko, po piórku, lotka, po lotce. Brian mówi, że jestem silna. Ja mówię, że to one dają mi siłę. Biorę głęboki oddech. Wokół bioder mam owinięty cienki sznurek, jedyne, co łączy mnie z Daylightami. Podskakuję w miejscu, patrzę po raz ostatni na Briana, który stoi po mojej lewej stronie. Od serca. Muszę dać radę, dla niego, dla siebie, dla nas. Dla mojej siostry, która cierpi przez to, że jest teraz jedynaczką. Rozpędzam się. Nie patrzę za siebie, znam to na pamięć. Słowa mojej matki, kiedy uciekłam sprzed ołtarza. Łzy Camille, która wewnętrznie jest podobna do mnie. Stracone dziedzictwo. Stracone lata.
Biegnę, czuję jak linka się napręża i zaczyna strzępić.
Wiatr rozwiewa moje włosy, jego słony smak jest dla mnie ambrozją. Czuję
obecność Briana, ale i ona w pewnym momencie przestaje dla mnie istnieć. Wybijam się w powietrze, linka pęka, czuję
przy sobie Dextera. Jego szczęście, kiedy przeżywał sekundy wymarzone sekundy wolności. Opada ze mnie kurz wspomnień, ciężar dawnych
lat znika bez śladu. Nagle zaczynam
spadać. Nie widzę końca mojej podróży, nie interesuje mnie nawet czy takowy
istnieje. Moje ciało jest lekkie, odprężone, uwolnione od sznurków . Rozkładam
rysunek skrzydeł. Lecę.
Jestem wolna.
***
Leżę w salonie tatuażu, Brian i Camille trzymają mnie za ręce. Lotka, po lotce. Piórko po piórku, rosną czarne na moich plecach. Patrzę na moją siostrę i szeptam do niej
- Nie musisz być pawiem, tylko dlatego, że wmawiają Ci, że należysz do nich. Możesz być szaloną wroną,mogą cię za to napiętnować ale to Ci, którzy cię zaakceptują taką, jaka jesteś, są twoją rodziną. Nie krew się liczy, a serce.
Jestem wolna.
***
Leżę w salonie tatuażu, Brian i Camille trzymają mnie za ręce. Lotka, po lotce. Piórko po piórku, rosną czarne na moich plecach. Patrzę na moją siostrę i szeptam do niej
- Nie musisz być pawiem, tylko dlatego, że wmawiają Ci, że należysz do nich. Możesz być szaloną wroną,mogą cię za to napiętnować ale to Ci, którzy cię zaakceptują taką, jaka jesteś, są twoją rodziną. Nie krew się liczy, a serce.
Nazywam się Lacey Sundown.
Mam dwadzieścia trzy lata i jestem wolna.
Czy to samo możesz powiedzieć o sobie?
Czy to samo możesz powiedzieć o sobie?
Namieszałaś fchoj! ale i tak lubię ;*
OdpowiedzUsuńwith love,
z.
<3
Poryczałam się.
OdpowiedzUsuńOż ty...
Może nie jak bóbr, ale tusz mi spłynął.
Kciałam tylko zajrzeć co tu się dzieje, zaczęłam czytać i pooooszłoooo.
Ey. Było kilka takich zdań, co...
"Horyzont mnie woła, czuję jego krzyk skierowany w moją stronę."
"Powiedział tylko Poradzimy sobie. A ja mu uwierzyłam."
Pouciekała mi reszta ;/
Ale ostatni akapit... Szalona wrona. Sundown.
kuźwa, załatwiłaś mnie. <3
dziękuję Ci Richardzie bardzo :* zabrzmi to groteskowo, ale cieszy mnie bardzo, kiedy czytam jakie emocje wywołuje takie bazgranie :*
Usuń:):):):*
OdpowiedzUsuń